trapped-under-ice




REMONT
2012-02-23 10:28:52

Remonty to zło. Zwłaszcza, jak panowie muszą wszystko poprawiać i zdzierać świeżo założone tapety. Śpię w dużym pokoju, jestem niedomyta i wszystko mam zakurzone. Kiedy to się skończy?

Koszmar...

Tu bym poleżała. Na kocu w ciszy.




skomentuj (0)




Zimno!
2012-02-03 22:34:04

Potwornie zimno jest! Grzeję się w domu herbatkami, kawkami i najgrubszymi skarpetami. Co za szczęście, że nie muszę teraz jeździć na zajęcia, w autobusach odmarzają stopy. Biegnie czas jak szalony, zaraz drugi egzamin, nie mogę się wygrzebać spod nudnych notatek, a już dzień później zaczyna się długo oczekiwany (i odkładany) remot, również w moim pokoju, co wyszło jakoś tak spontanicznie i nieoczekiwanie. Może w związku z tym, że czas pędzi, to zaraz te mrozy też się skończą?

Chyba jeszcze sobie herbaty zrobię... I ciasta czekoladowego zjem. Tak!





skomentuj (0)




Transformacja ustrojowa
2012-01-26 12:37:25

Przełom stycznia i lutego to dla mnie zawsze ciężki czas, bo walczę z sesją. W tym czasie na blogu jest zastój, ale dziś mam fajnego gotowca, który zapełni notkową próżnię. Tak się składa, że jestem po kursie elementów krytyki literackiej i każdy student w ramach zaliczenia przedmiotu musiał napisać recenzję wybranej przez siebie książki wydanej w 2011 roku. Zabrałam się do pracy z zapałem, bo książka, którą wzięłam na warsztat naprawdę bardzo mi się podobała i chętnie ją polecę wszystkim.

Dziś zamiast osobistych wywodów, moja recenzja (pochwalę się, piątkowa -_-)

Transformacja ustrojowa

Nie ma wątpliwości, że żyjemy w świecie pełnym ekonomicznych przemian, politycznych zawirowań i coraz to nowych, wpływających na nasze życie tendencji. Rodzimy się, dorastamy i każdego dnia dokonujemy wyboru pomiędzy tym co nowoczesne, a tym co tradycyjne. Tym co dobre, a co złe, lub tym w którym kierunku iść, a w którym nie, gdy nowa rzeczywistość spada na nas nieoczekiwanie i każe natychmiast się do siebie dostosować. Demokracja – nowy ustój, z którym zetknięcie nie dla wszystkich było łatwe, zapoczątkował w Polsce okres gwałtownych transformacji, owocujących bogatym materiałem dla reportażysty, chcącego uchwycić ten ulotny moment oswajania się Polaków z nowymi realiami życia w wolnym kraju.

Tego niełatwego zadania podjął się w swojej pierwszej książce trzydziestoletni wówczas Mariusz Szczygieł, znany polski dziennikarz, reportażysta i pisarz, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej. Niedziela, która zdarzyła się w środę, to wydana po raz pierwszy w 1996 i reedytowana przez wydawnictwo Czarne w 2011 roku książka, stanowiąca cykl reportaży o ludziach, którzy pokolorowali pierwszą dekadę popeerelowskiej rzeczywistości tak jak umieli, kolorami, które były dla nich dostępne.

Każdy z szesnastu reportaży jest cząstką ówczesnej Polski, opisanej z humorem, dystansem i ujmującą lekkością. To co u Szczygła wyraźnie urzeka, to rzadka umiejętność pisania o rzeczach smutnych i bolesnych, ze stonowaną, serdeczną ironią. Świetnie rozumiemy dramatyczną sytuację pracowników zwolnionych z prywatyzowanej właśnie fabryki sprzętu komputerowego Elwro, ale poddani zręcznej grze słownej, którą bawi nas autor, dajemy się wprowadzić w nastrój podobny do tego, który serwuje nam w swoich komediach Stanisław Bareja i śmiejemy się podczas lektury bez wyrzutów sumienia. Wszechobecna ironia stanowi spoiwo, które harmonijnie łączy teksty o blaskach i cieniach raczkującego kapitalizmu. To ona sprawia, że reportaże napisane w różnym czasie są kompozycyjnie spójne. Zarówno bohater skłócony z nowym systemem, tęskniący do prozy życia w Peerelu i wczasów zakładowych, jak i bohater – prywaciarz, czujący się w wolnym kraju jak ryba w wodzie, są ulepieni z tej samej, polskiej gliny. Szczygieł prowadzi czytelnika przez Polskę absurdów, w której można, przy pomocy zasobnego portfela i odrobiny wysiłku, postawić pokaźny pomnik nieżyjącej ciotce-grafomance w samym centrum średniej wielkości miasta; wystawić w ogólnopolskiej gazecie ogłoszenie o sprzedaży własnoręcznie napisanych dowcipów; czy zbudować sanktuarium w Licheniu, które ma być największe jak to tylko możliwe. Bo wolna Polska, to kraj, w którym niemal wszystko jest możliwe: „Ksiądz Eugeniusz Makulski objął Licheń przed trzydziestu laty. Ma na koncie pięć wyroków i siedem lat więzienia w zawieszeniu za samowolę budowlaną”, a jak wiemy sanktuarium stoi.
Uwadze dziennikarza nie umknęły również kulturowe osobliwości Polski lat dziewięćdziesiątych, takie jak bardzo modne disco polo, nadawanie niemowlętom zagranicznych imion, próby zarobienia milionów w Amwayu czy rewolucja seksualna, której oznaką było pojawienie się w Polsce książek mówiących o seksie bez ogródek.

W reedycji książki z 2011 roku spotkamy dwie nowości. Pierwszą jest dodany reportaż z 1999 roku pt. 1999: Z kulą ziemską na piersiach. Stanowi on wyraźny głos autora, który we wszystkich poprzednich rozdziałach pełni rolę podmiotu referującego. Czasem prezentuje tylko ujęte zgrabnie w słowa fakty, czasem uczestniczy w wydarzeniach, jak na przykład w rozdziale 1993: Polska w ogłoszeniach, gdzie odpowiada na anonse, by dowiedzieć się czegoś o ich nadawcach, ale gdy to tylko możliwe natychmiast oddaje głos bohaterom reportaży. Ostatni rozdział opatrzony jest dopiskiem: „Bonus z czasów, kiedy stałem się postacią z reportażu”. Szczygieł zastanawia się do jakiego stopnia osoba publiczna jest własnością społeczną i do jakiego stopnia jest odbierana jako żywy człowiek z krwi i kości. Tak jak we wszystkich rozdziałach, również w tym autor nie ocenia swoich bohaterów. Przedstawia fakty, ujawnia siebie jako przeciętnego człowieka, z przeciętnego polskiego miasteczka, któremu wrażliwość nie pozwala na obojętność, gdy pewnego razu kobieta w pociągu mówi o nim wołając do córki: „Chodź, coś ci pokażę!”. Reportaż został napisany w 1999 roku, więc stanowi niezłe dopełnienie przedstawionej w książce pierwszej, demokratycznej dekady transformacji, ale muszę przyznać, że po skończeniu go czułam pewien niedosyt. Ostatni tekst nie obejmuje tak jak poprzednie zagadnienia społecznego o dużej skali, jest on małym wycinkiem autorskiego świata, do którego Szczygieł pozwala nam zajrzeć. Uchyla furtkę i z właściwą sobie ironią opowiada jak to jest być osobą publiczną w kraju nad Wisłą. To reportaż inny od pozostałych. Subiektywny, emocjonalny i doskonały na nową książkę, taką, której Szczygieł na swoim koncie jeszcze nie ma.

Drugą nowością w ubiegłorocznej publikacji są zdjęcia Witolda Krassowskiego, które ilustrują zarówno zawarte w niej teksty, jak również tył i przód okładki. Wszystkie zdjęcia zostały zrobione w latach dziewięćdziesiątych i podobnie jak reportaże Szczygła rejestrują ten niepowtarzalny moment przełomu w nowej Polsce. Na surowych, czarno-białych fotografiach sprzed epoki cyfrowej, możemy zobaczyć kolejki przed Urzędem Pracy, pierwszy fast food na Świętokrzyskiej w Warszawie czy przyjrzeć się towarom, którymi handlowano w przejściu podziemnym w Alejach Jerozolimskich. Nie tylko fotografie wyróżniają tę książkę. Matowa, zielona okładka i duży format nie pozwalają nam przeoczyć publikacji na sklepowej półce. Gdy weźmiemy ją do ręki zaskakuje nas jej dość słuszna waga, jak na książkę o miękkiej okładce. Wszystko przez mięsisty, nieprzeźroczysty papier. Strony są śnieżnobiałe, bez skazy, półmatowe. Druk jest duży i bardzo wygodny do czytania, a to wszystko daje nam odczuć, że wydawnictwo dopieściło każdy szczegół wydania, tak żeby czytelnik czuł się jakby obcował trochę z książką, trochę z albumem. A kto według mnie powinien obcować? Myślę, że każdy kto lubi sztukę reportażu i ceni sobie poczucie humoru Mariusza Szczygła. Jestem żywym dowodem na to, że wcale nie musi to być osoba, która dobrze pamięta lata dziewięćdziesiąte, bo choć widzę je w przebłyskach wspomnień z dzieciństwa, to jestem za młoda bym wtedy je rozumiała. Za to dzięki Szczygłowi mogę spróbować zrozumieć je dzisiaj, bo ta ważna na naszym rynku pozycja z pewnością może być uznana za świadectwo ostatniej dekady dwudziestego stulecia w naszym wolnym kraju. Dla młodych czytelników może być ona świetnym przewodnikiem historycznym, a dla nieco starszych, nostalgiczną podróżą do czasów młodości.

Książka Szczygła jest wspaniałym pomysłem na długie, zimowe wieczory, wakacyjne leniuchowanie na plaży, albo nudną podróż pociągiem i choć jest to pozycja lekka i przyjemna, to nie pozostawia czytelnika bez refleksji. Do dziś zadaję sobie pytania, czy renesans disco polo byłby możliwy, gdyby nie sentyment? Czy dzisiejszy, podniośle brzmiący marketing wielopoziomowy, to nie po prostu współczesny Amway? Czy wciąż: „polski gust to dużo pawia i dekor”, jak mówi w rozdziale 1995: Niech będzie wola ludu Barbara Bielecka, główna projektantka świątyni w Licheniu? Jak bardzo Polska zmieniła się od czasów pierwszego wydania Niedzieli? Miejmy oczy szeroko otwarte i może zamiast koncertowo narzekać, kupmy książkę Szczygła, żeby przeczytać o tym jak Polak potrafi.



Copyright Marta Trywiańska

P.S.
Podzieliłam tekst na akapity, bo edytor nieoczekiwanie przestał reagować na tab.



skomentuj (0)




wakacje.hr część druga
2012-01-07 22:33:54

Z braku czasu będzie krótko (może to i lepiej) i nie po kolei, ale za to w związku z teraźniejszością. Otóż, wakacjując ubiegłorocznie, byłam w maleńkiej i przepięknej, chorwackiej miejscowości o nazwie Buzet. Buzet jest położonym na szczycie wzgórza miasteczkiem, które zostało założone przez starożytnych Rzymian. Bardzo widoczne są w nim zatem wpływy włoskie. Miasteczko latem jest niezwykle gorące i malownicze, senne i niedzisiejsze, wygląda jakby czas się w nim zatrzymał dobrych kilka wieków temu. Gdyby nie samochody, zwiedzając je myślałabym, że trafiłam na plan filmowy.

Główną atrakcją miasteczka, która przyciąga turystów (oczywiście poza malowniczą, zabytkową częścią), są trufle, które rosną w pobliskich lasach. W 1999 roku największą truflę na świecie znalazł Giancarlo Zigante, rolnik pochodzący właśnie z Buzetu. Trufla ważyła 1,31 kg, a Zigante został wpisany do Księgi rekordów Guinessa. Od tego czasu pan Zigante otworzył sieć sklepów z truflami i wyrobami z trufli. Poza tym są jeszcze restauracje i strona internetowa, na której można znaleźć przepisy na dania z truflami i dowiedzieć się wszystkiego o działalności rekordzisty. W sklepie prowadzonym przez pana Zigante można spróbować różnych trufli, oraz nabyć najróżniejsze przysmaki, od oliwy truflowej, przez sery z truflami, aż do trufli z dodatkami (innymi grzybami, oliwkami itd.). Można kupić eleganckie zestawy prezentowe i wina. Dla każdego klienta jest też przygotowana darmowa książeczka z przepisami, ale przepisy można też znaleźć na stronie internetowej, włącznie z materiałem filmowym.

A oto Buzet!


Zdjęcie zaczerpnięte z www.croatia-nudistsbeaches-scubadiving.com



Niestety część zdjęć została zrobiona aparatem w kamerze i ich jakość jest nie najlepsza…












Widok ze starej części miasta na nową.


Wnętrze sklepu Zigante



zdjęcia zaczerpnięte z istrabiz.hr

A tak wygląda wejście do sklepu


Zdjęcie zaczerpnięte ze strony www.zigantetartufi.com , na której znajdziecie wszystko wspomniane przepisy na dania z truflami.

A oto trufle, które przywiozłam z Buzetu…


…i dania z nich zrobione. Makaron tagiatelle z pomidorami, truflami i oliwkami,


oraz różne rodzaje sałaty z piersią z indyka, oliwą truflową i białymi truflami


Jedzenie jest pyszne i naprawdę proste do przygotowania. Polecam każdemu, tym bardziej, że trufle od Pana Zigante można kupić także w Polce, na przykład przez internet tutaj.

Poza tym, chyba się przeziębiłam. Dwa razy zlał mnie deszcz…



skomentuj (4)




Hepi krismes!
2011-12-23 11:14:08

Udało się! Porządki świąteczne dokonane, w całym domu pachną potrawy, prezenty zamówione przez Internet przyszły na czas, zakupy już dawno zrobione. Jest naprawdę świątecznie. Nie ma śniegu, ale od kilku lat to już jest norma, więc staram się nie zwracać na to uwagi.

Nie wiem dlaczego, ale w tym roku wyjątkowo chce mi się tych świąt. Nie jest to ten sam entuzjazm i odliczanie dni co za czasów beztroskiego dzieciństwa, ale cieszę się, naprawdę. Tak po prostu, zwyczajnie, normalnie, po ludzku czekam i cieszę się.

Życzę Wam, żebyście też cieszyli się z tych świąt. Żebyście przeżyli je w wymiarze duchowym, bo dziś to dość trudne. Żebyście dzielili się z bliskimi spokojem, dobrocią i szczerym pojednaniem, co jest jeszcze trudniejsze. Żebyście byli zdrowi, co jest prawie niezależne od nas. I na końcu całej tej reszty, choinek, prezentów, udanego karpia i piernika, i może jakimś cudem trochę śniegu?

Wszystkiego najlepszego!

A taki sobie zrobiłam świąteczny czad w pokoju. Polecam wszystkim, efekt wieczorem jest naprawdę przyjemny :)





skomentuj (2)




Zima się może spóźnia, ale cała reszta galopuje...
2011-12-06 12:35:06

Święta nie idą, święta zapierdalają. Czas przecieka mi przez palce, a najgorsze jest to, że nie widzę efektów swojego biegania, załatwiania spraw i wykonywania nudnych obowiązków. Mam wrażenie, że jest jak tych snach, które czasem się śnią. Ktoś nas goni, a my mamy tak strasznie ciężkie nogi, że poruszamy się bardzo, bardzo wolno, pomimo nadludzkiego wysiłku. W takich snach każdy krok jest na wagę złota, tak jak dla mnie każda przeczytana strona książki, załatwiona sprawa, umycie włosów, pomalowanie paznokci jest na wagę złota. Myślę sobie: „zdążyłam zrobić pranie, pomalować rzęsy, przeczytać wszystkie materiały na zajęcia, więc nawet jeśli jest nieodkurzone, to jednak nadal wiążę koniec z końcem. Jest!”. A jednak wszystko jest jakoś w tym cholernym biegu i wciąż za wolno… I zawsze coś czeka aż to skończę lub zacznę. Czuję się jak Syzyf, zaczynam się irytować, że to tak wygląda, jak zrobię jedno, to już muszę się brać za drugie i drugie jest ciężkie, bo od dawna zaniedbane… Boże, jak to możliwe, że dni mijają tak szybko? Remont mieszkania miał być, ale nie ma, bo nikt nie chce się go podjąć. Kolejni majstrzy odmawiają doprowadzenia spieprzonych ścian do porządku, udało się tylko (oczywiście w bólu i z opóźnieniem) wymienić stare blaty kuchenne. Aparat fotograficzny pojechał do Bydgoszczy do naprawy, bo mama na wakacjach się potknęła (rozbiła kolano!) i lampa jak wyskoczyła do góry, tak nie chciała się już zamknąć. Żadna wielka usterka, puściła chyba jakaś sprężynka, a jednak naprawa będzie kosztowała 250zł… Nic na święta nie jest posprzątane, okna nieumyte. Co roku na stole w dużym pokoju miałam wieniec adwentowy, ale w tym roku zapomniałam o świecach, a teraz się już nie opłaca, bo przecież zaraz trzeba będzie zapalić trzecią, jest już za późno… Na uczelni lipa, zajęcia mam cudowne, jeżdżę chętnie, ale nie zaczęłam przygotowań do żadnych zaliczeń (które oczywiście spadną na mnie lawiną już teraz, zaraz), praca dyplomowa leży, nie mam nawet sprecyzowanego tematu (jak nikt z grupy zresztą, ale to mnie w ogóle nie pociesza). Obraz dla Michała idzie jak krew z nosa, wygląda super, ale nie jestem jeszcze w połowie pracy (całe szczęście niedługo przekroczę tę granicę), krew mnie zalewa, to cholerne płótno stoi na środku mojego pokoju od trzydziestego września… Mama jak dowiedziała się co zamierzam malować zażartowała, że skończę na wiosnę. Śmiałam się, ale jak zacznę się uczyć, to porzucę wszystko inne i chyba tak właśnie się skończy. W tej chwili czytam cztery książki, na które nie mam czasu, leżą jedna na drugiej po mojej prawej na biurku. Próbuję czytać przed snem, ale książka wypada mi z ręki po przeczytaniu pół strony. Zaraz zabiorę się za zaległy angielski, który też leży i kwiczy, bo miałam się uczyć, ale ograniczam się do robienia zadań domowych. Jak zawsze, kurwa… W sobotę cały dzień kroiłam bakalie do pierników (którymi są obdarowywani znajomi, więc w moim domu piecze się ilości hurtowe, nie detaliczne) – to był fajny dzień. Pierniki wyszły przednie.

Gdyby tak można było wziąć tydzień wolnego. Byłoby super. Bo jak czuję tę cholerną dezorganizację, to przyłapuję się na tym, że nawet się specjalnie z niczym nie spieszę, bo i tak coś będzie się za mną ciągnąć.

Zaraz połowa grudnia, więc następna notka pewnie bezpośrednio przed świętami. O ile w ogóle…



skomentuj (7)




290
2011-11-05 15:23:54

Poszłabym porobić jakieś zdjęcia. Albo na jakąś wystawę. Albo do kogoś na wino. Pojechałabym gdzieś chętnie, może uciekła na chwilę po prostu... Znów odsuwam te swoje rozkminy emocjonalne.

Niech się dzieje co chce, pierdolę. Ja po prostu zrobię swoje i tyle.

I pieprzę cię, miasto.





skomentuj (9)









The current mood of lotta at www.imood.com



dodaj zobacz

mój kwertionariusz
mój enneagram – 5w4

fotografia
Jamie Beck uwielbiam!
pixdaus
tim laman
bob sacha
stephen alvarez
kenneth garrett
david alan harvey
bruce dale
justin guariglia
joel sartore
carsten peter
bill hatcher
ansel adams
bartpogoda

zaglądam i czytuję
bzu
Wawrzyniec Prusky
The Adamant Wanderer
Blair Witch
Trzeci gryz świetny blog o życiu grupy Polaków w Izraelu
pixar dla zainteresowanych animacją
automaciej mieszka w Irlandii i fajnie pisze. Zna angielski jak własną kieszeń
itepeitede
Mcbor
Marcin w Izraelu
islendfreejob blog człowieka, który ma najlepszą pracę na świecie
biedny miś
flov
opowiadania Martwej polecam "Zaobrączkowanych"
sławek34
majowy-kwiecień
eldorado
chłopiec z plasteliny
wszyscy tacy sami trzymam z sentymentu...
dziewięć-kropli-smoły
magda
kobieta w Warszawie
kate
poziomka
redus

linki
atrapa czyli ile prawdy jest w łańcuszkach
kazania księdza Piotra Najlepsze kazania na świecie
rygorystyczne-oceny tu też mnie znajdziesz
toys4boys pomysły na śmieszne, kiczowate prezenty
Andrzej Mleczko
radio którego słucham
hard rock servis
koniki

gry
gwiazdy
pszczoły
spadające małpy
koty


2012
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
styczeń
2008
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec




©niedziela blog.pl